Nocny Półmaraton Wrocław – czyli nowa życiówka

Nocny Półmaraton Wrocław – czyli nowa życiówka

Emocje po 6. PZU Nocny Półmaraton we Wrocławiu już trochę opadły, więc jest to odpowiedni czas, by podzielić się z Wami relacją z biegu.

Nie mam w swoim biegowym CV zbyt wielu imprez biegowych, ale śmiało muszę stwierdzić, że sobotni Nocny Półmaraton we Wrocławiu był jedną z najlepiej zorganizowanych imprez w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Zacznę od maila, jakiego dostałem od organizatorów na kilka dni przed biegiem. W otrzymanej wiadomości było dosłownie wszystko: informacje o biurze zawodów, parkingach, zmianach w komunikacji, przebieg trasy, program zawodów i imprez towarzyszących oraz informacje o noclegach. Oczywiście większość organizatorów większych biegów również takie informacje udostępnia, ale nigdy nie spotkało mnie to, by dostać maila i mieć wszystko w jednym, czytelnym dla mnie pliku. Przejdę już do dnia zawodów. Mimo, że na miejsce dotarłem o 20:00 (czyli godzinę przed ostatecznym zamknięciem biura zawodów), nie było problemów z odebraniem pakietu. Ba! Nie było nawet większych kolejek. Wolontariusze spisali się na medal. Płynne działania, mnóstwo oznaczeń i duża mapka przy wejściu na teren Półmaratonu z oznaczeniami najważniejszych punktów sprawiły, że osobiście nie poczułem, że jest to bieg, w którym bierze udział ~12 tysięcy biegaczy. O ile zdrowie pozwoli, to na pewno wezmę udział w biegu również za rok.

Nachwaliłem się organizacji — teraz czas na streszczenie całego dnia zawodów. Był to dla mnie drugi nocny bieg w historii, zaś pierwszy nocny półmaraton. Wcześniej po zmroku udało mi się pobiec jedynie w biegu na 6,7 km w Pszczynie, więc była to dla mnie nowa sytuacja. Musiałem więc nieco zmodyfikować dietę, jeśli chodzi o sam dzień biegu. Rano naładowałem się węglowodanami, a na obiad zjadłem ryż z kotletem schabowym. Nie było to więc nic odkrywczego. Na ponad trzy godziny przed zawodami postanowiłem “doładować” się jeszcze dodatkowymi węglowodanami i zjadłem dosyć sporą ilość żelków cytrynowych oraz makaron z dżemem. O ile makaron z dżemem to mój stały repertuar — to żelki były czymś (i to jeszcze w takiej ilości) zupełnie nowym. Pomyślałem sobie wtedy — “kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije”. Warto próbować nowych rzeczy. Niestety, przeliczyłem się, ale o tym później.

Tradycyjnie na pół godziny przed zawodami wypiłem sobie odżywkę aminokwasów (EAA) i spożyłem jeden energetyczny. Początkowo nie miałem żadnych problemów żołądkowych, wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku — zarówno jeśli chodzi o aspekt fizyczny oraz psychiczny. Ustawiłem się na starcie przy pace maker-ach na czas 1:30. Start przebiegł bez żadnych problemów. Tutaj znowu ukłony dla organizatorów. Jasno określone strefy czasowe i puszczanie zawodników strefami na pewno ułatwiło start. Jedynym małym minusem, o którym warto wspomnieć jest to, że na około 500. metrze od startu organizatorzy ustawili wprost na nas — biegaczy — rażący reflektor, że aż musieliśmy przez chwilę przejść do truchtu, bo nie było nic widać. Im dalej w bieg, tym lepiej. Świetnie zorganizowane punkty nawadniające, wspaniała atmosfera, urokliwy Wrocław i niosące nogi — czego chcieć więcej? Ustaliłem taktykę na bieg, że pobiegnę stałym tempem. Wszystko szło zgodnie z planem. Do czasu. Na około osiemnastym kilometrze poczułem w żołądku wcześniej zjedzone żelki i spożyte żele podczas biegu. Momentalnie zrobiło mi się niedobrze (myślałem, że będę musiał chwilowo przerwać bieg, by zwymiotować). Odbiło się to również na intensywności biegu. Ze stałego tempa 4.11 do mety ostatecznie dobiegłem na średnim tempie 4.17, co dało czas o 43 sekundy poniżej zakładanego czasu. Nie udało się złamać 1:30, ale i tak jestem bardzo zadowolony, bo jest to bieg o ponad pięć minut szybszy od mojej poprzedniej życiówki. Z ukończonym biegiem w czasie 1:30:42 udałem się do wyjścia, które także było doskonale oznakowane (w przeciwieństwie do Stadionu w Chorzowie).

Samo wbiegnięcie na Stadion Olimpijski — bajka. Dwa razy zdarzyło mi się wbiegać na bieżnię Stadionu Śląskiego w Chorzowie i zdecydowanie na plus meta we Wrocławiu. Gdy wbiegałem na bieżnię w Chorzowie, to z początku okrążenia trybuny świeciły pustkami, nie grała żadna muzyka i tylko nieliczni kibice na trybunach robili atmosferę. W przypadku Wrocławia było zupełnie inaczej. Trybuny wypełnione po brzegi (pewnie też przez mniejszą pojemność stadionu), bardzo głośna muzyka, wszystko napompowane pozytywnymi emocjami. Czułem się, jakbym wbiegał na metę, jako uczestnik co najmniej podwójnego Ironmana. Fajna sprawa!

Reasumując, bieg ukończyłem na 496. miejscu w kategorii OPEN i 113. w kategorii M20. Wyśmienita atmosfera, doskonała organizacja. To powinien być ABC biegu — bardzo mi się podobało. Warto również wspomnieć o urokliwości miasta, jakim jest Wrocław. Stolica Dolnego Śląska jest jednym z najstarszych i najpiękniejszych miast w Polsce. Nocą pomysłowo oświetlone budynki z pewnością dodają jeszcze większego klimatu podczas biegu. Chciałbym podziękować również mojej towarzyszce, która wspierała mnie w dniu zawodów. O tym, jak ważny jest tak zwany „support biegowy”, opowiem w kolejnym poście. Więcej zdjęć z biegu już wkrótce w sekcji “Historia Biegania”.

Pozdrawiam serdecznie,
biegajacyprogramista.pl

Dodaj komentarz

7 + 16 =

Close Menu