Podsumowanie dwóch ostatnich startów – czyli jak to jest chcieć a nie móc

Podsumowanie dwóch ostatnich startów – czyli jak to jest chcieć a nie móc

Cześć Wam!
Tradycyjnie jak co czwartek zapraszam na wpis – tym razem z serii biegowej. Za mną dwa ostatnie starty w tym sezonie:

  • V Radan Półmaraton Gliwicki, który odbył się: 04.11
  • XXV Bieg Niepodległości w Rudzie Śląskiej, który odbył się: 11.11

Ogółem nie mam zbyt dużej liczby startów w swoim biegowym CV, bo tylko czternaście i przez to prawie za każdym razem biegnąc w jakimś biegu pobijałem swoje życiówki, były zadowolenia, biegi były rozgrywane perfekcyjnie. Przyszedł czas i na nieudane biegi…i to dwa pod rząd. Po raz pierwszy na biegach (poza maratońską ścianą w Krakowie) poczułem niemoc oraz uczucie niespełnienia na linii mety. Było to niestety bezpośrednio spowodowane przetrenowaniem / kontuzją odniesioną na jednym z treningów przygotowujących do V Radan Pólmaratonu.

Kontuzja

Jako, że na początku października zaliczyłem maraton (poprawiając czas życiowy o dziesięć minut) czułem, że jestem dobrze przygotowany pod względem psychicznym oraz wydolnościowym. Przygotowania do V Radan Półmaratonu Gliwickiego rozpocząłem tak na prawdę dwa tygodnie przed samym startem, no i przyszedł 29.10 (pon)., czyli niecały tydzień do startu oraz trening na bieżni. Wykonując sprinty naderwałem sobie mięsień czworo głowy (prosty uda) w prawej nodze. Zwykle jakieś ukłucia w nogach przechodziły mi następnego dnia – niestety tak tym razem nie było. Na drugi dzień obudziłem się z bolącą nogą przy podnoszeniu jej. Postanowiłem zrezygnować z treningów siłowych oraz biegowych i skupić się na stabilizacji i basenie by utrzymać wydolność.

V Radan Półmaraton Gliwicki

[W] V Radan Półmaraton Gliwicki
fot. V Radan Półmaraton Gliwicki

W dzień startu czułem jeszcze delikatnie ukłucia w nodze ale postanowiłem biec. Pierwsze dziesięć kilometrów pod wpływem adrenaliny nie czułem żadnych dolegliwości w nogach i leciałem tempem 4.16 trzymając się ekipy pace-maker’ów na godzinę trzydzieści. Niestety, po połowie przyszło rozluźnienie w głowie, zeszła adrenalina i poczułem lekki dyskomfort w nodze. Postanowiłem zwolnić i nie szarżować, by nie pogłębić urazu i “przytruchtałem” do mety ostatecznie w tempie średnim 4.28. Jeśli chodzi o sam przebieg biegu, poza dość małą ilością punktów nawadniających nie mam się do czego przyczepić. Trasa o normalnym profilu, brak większych wzniesień – jedynym minusem było to, że bieg składał się z dwóch pętli przez co był mniej urozmaicony w porównaniu do poprzednich edycji ale rozumiem to ze względu na organizację. Zostając przy organizacji, na bieg przyjechała tradycyjnie moje największe wsparcie (dziewczyna) wraz z rodzicami. Meta była na hali Arena Gliwice i niestety organizator biegu dał ciała i nie załatwił zgody na imprezę masową. Z tego powodu ochrona dość niechętnie wpuszczała ludzi na halę (by przywitać biegaczy na mecie), tłumacząc się właśnie brakiem zgody na imprezę masową i brakiem spełnionych wymogów bezpieczeństwa. Ostateczne statystyki z biegu:

  • Czas: 01:34:22
  • Średnie tempo: 4.28
  • Miejsce OPEN: 76
  • Miejsce w Kategorii (M-20): 8

XXV Bieg Niepodległości – czyli historia zatacza koło

testtest
fot. XXV Bieg Niepodległości w Rudzie Śląskiej

Do końca nie wiedziałem, czy wezmę udział w tym biegu (ze względu na nogę). Odpuściłem jakiekolwiek przygotowania i znowu włączyłem do swojego planu ćwiczenia stabilizacyjne / rozciągające oraz basen by utrzymać wydolność ponieważ nadal odczuwałem ból w mięśniu. W dzień biegu (11.11) czułem się dobrze, praktycznie nie czując żadnego bólu. Wystartowałem, adrenalina podziałała i na spokojnie hasałem sobie pierwsze sześć kilometrów tempem 4.20 z każdym krokiem czując niestety dyskomfort. Nagle, na szóstym kilometrze przy chwili dekoncentracji (znacznie większa część biegu przebiegała przez las) myśląc, że stanę na twardym podłożu (liście przykrywały ścieżke), stanąłem prawą nogą w dziurze i przy dość dużej prędkości wykrzywiłem stopę i zaliczyłem solidną glebę (ciekawostka: dwa lata temu podczas XXIII Biegu Niepodległości w Rudzie Śląskiej również upadłem, tylko tam obyło się bez żadnych konsekwencji). Generalnie pierwsze co pomyślałem: nie wstanę. Po sekundzie jednak podniosłem się i postanowiłem kontynuować bieg. Co prawda czułem dość silny ból w okolicach śródstopia (na szczęście nie kostka) ale myśląc sobie w głowie: “Skoro Justyna Kowalczyk z złamaną kością w nodze dała rady ukończyć bieg, to ja też dam radę”, przetruchtałem resztę kilometrów (sześć, bo bieg był łącznie na dwanaście) i ostatecznie tempem 4.38 z bólem w stopie (i w udzie z powodu wcześniejszej kontuzji) przybiegłem na metę. Jak to mój znajomy słusznie stwierdził, że zrobiłem głupotę, bo mogłem sobie pogłębić uraz a Justyna Kowalczyk walczyła o medal olimpijski a ja o medal w lokalnym biegu na pięćset osób. Co do samego biegu oraz jego organizacji – nie mam zastrzeżeń. Mam tylko wrażenie, że z każdą edycją cieszy się mniejszą popularnością, kibiców na trasie też praktycznie brak, nie wspominając już o fotografach. Ostateczne statystyki z biegu:

  • Czas: 00:55:48
  • Średnie tempo: 4.38
  • Miejsce OPEN: 58
  • Miejsce w Kategorii (M-16): 23

Reasumując:

  • od 28.10 nie zaliczyłem żadnego treningu biegowego (poza dwoma startami) z powodu bólu mięśnia czerwonogłowego (prostego)
  • na biegu Niepodległościowym zaliczyłem poważną glebę i do dnia dzisiejszego mam spuchniętą stopę (na szczęście opuchlizna i ból schodzą)
  • jestem uziemiony od jakichkolwiek aktywności (choć krótki spacer może wchodzi już w grę)
  • do tego zaliczyłem niezbyt udane biegi dla zdrowia oraz psychiki

Zawsze próbuje z porażek czy niepowodzeń wyciągnąć jakieś pozytywy. Tak jest i tym razem. W końcu kiedyś musiały przyjść gorsze biegi i mam już je za sobą (oczywiście w przyszłości nie wykluczam kolejnego słabszego dnia). Znam smak niepobitej życiówki na mecie, wiem jakie jest to uczucie kiedy trzeba zwalniać i nie narażać swojego zdrowia. Nauczyłem się również przede wszystkim tego, że starty (tym bardziej niedocelowe) to nie wszystko. Będąc tu i teraz (mądry Polak po szkodzie) myślę, że nie pobiegłbym w XXV ze względu na kontuzje. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak doleczyć stopę, poczekać aż opuchlizna całkowicie zejdzie i znaleźć jakiegoś dobrego fizjoterapeutę, który postawi mnie na nogi. Dostałem od losu dodatkowy czas na roztrenowanie (odpoczynek fizyczny oraz psychiczny), podsumowanie bieżącego roku i przemyślenia – co dalej? Nie wiem czy przez zimę przygotowywać się do maratonu, czy może skupić się na półmaratonach i powalczyć o niezłe tempo? To wszystko przede mną. Jedno jest pewne: na pewno się nie poddam i nie porzucę swojego hobby. Wrócę silniejszy!

Pozdrawiam serdecznie,
biegajacyprogramista.pl

Dodaj komentarz

two × 3 =

Close Menu